Zjawa


Jasny, blady dzień. Wśród miasta załomów,
W przestrzeni zaułków, na chodników duktach,
Nie ma dokąd pójść, nie ma czego szukać,
Nie ma co tak stać, lepiej iść do domu,
Tyłek w troki brać, już nie kombinować,
Zarys swej postaci z ulic wykasować.

Błogo jest, doprawdy co dzień lawirować,
Cieniem swej sylwetki znaczyć się na murze,
Stopą badać grunt, głową płynąc w górze,
Przelotne spojrzenia innych rejestrować,
Lekkim, wdzięcznym krokiem zaznaczać obecność
I błyszczącym wzrokiem obdarzać społeczność.

Trzeba jednak wreszcie wzruszyć ramionami,
Gdy nie patrzy nikt, porozkładać ręce
Prostopadle murom, niebu ukosami,
Dać jeszcze do góry, załamać następnie,
Szklistym, suchym okiem wznieść w błękit spojrzenie,
Drętwym, wolnym ruchem wbić dłonie w kieszenie.